pijawka blog

Twój nowy blog

Długo nie pisałam, minęło lato,
nadeszła jesień, a notka dojrzała do napisania.

We wrześniu nawiedziłam włoską
Riwierę, a co by się nie nudzić w mniej słoneczne dni, zapakowałam przezornie
do walizki masę książek. Polskich, rzecz 
jasna. W tym „Małżeństwo wagi półśredniej” Johna Irvinga. Wieczorami (a
raczej nockami, bo prowadziliśmy z Tigre wampirzy tryb życia) czytałam do
poduchy o dziejach kwadratu małżeńskiego. Spotkały się dwa małżeństwa i
postanowiły wymienić się partnerami. Coś w rodzaju całkiem legalnego i
akceptowalnego przez obie strony romansu. Taki nowoczesny układ. Ale „happy
ever after” w takich układach to raczej utopia, tak było i w tej „nie-bajce”.
Ktoś się zakochał, ktoś miał ukryty żal, ktoś okazał się wcale nie taki
wyzwolony i wspaniałomyślny, jak się to wydawało,  posypał się układ jak domek z kart. I jedno z
dwóch małżeństw.

Mniej więcej w tym czasie, gdy
czytałam tę książkę, poznaliśmy jedną parę z Rosji. Ona – blondynka podobna do
Dody, on – brunet o wschodnich rysach. Przypadliśmy sobie do gustu, choć ja nie
znam rosyjskiego ani be, ani me (Tigre musiał być tłumaczem), razem piliśmy,
śpiewaliśmy, śmialiśmy się, generalnie było sympatycznie. Nawet zapraszali nas
do siebie, na Syberię. Az pewnego wieczoru, po wielkiej ilości procentów, nie
wiem kto zaproponował, byśmy zrobili sobie zdjęcia. Ale takie z wymianą partnerów.
O, ładnie, a teraz z udawanym całusem, takie niby „rozwodowe”. Tam wśród
śmiechu i ogólnego zamieszania ten chłopak mnie pocałował. Z zaskoku totalnego,
nawet nie zdążyłam zareagować. Ona udała, że się złości, ale w rewanżu
pocałowała Tigre. Jakaś ostrzegawcza lampka zapaliła mi się w mózgu.

- Tigre – powiedziałam nazajutrz na plaży – mnie się zdaje, że oni chcą
z nami jakiś gruppen-sex uskutecznić. Albo wymianę partnerów. Jak w tej
książce, wiesz.

- To całkiem możliwe – zgodził się – Rosjanie są bardzo otwarci, w
seksie też.

Zamyśliłam się.

- Wiesz… może i to nawet fajne by było (pomyślałam o pocałunku z
zaskoczenia, który jednak na mnie jakoś podziałał), ale jak sobie pomyślę, co
mogłoby być dalej… jak mogłoby się to skończyć… runąłby w gruzach nasz pluszowy
światek i nigdy by już nie było tak samo. Nie byłoby nas…

- Ja nawet nie dopuszczam takiej możliwości – przerwał mi – a zresztą –
dodał, biorąc mnie za rękę – nie oddałbym cię innemu facetowi, wiesz o tym.
Jestem Bykiem, a Byki mają silne poczucie terytorializmu. No i nigdy już nie
byłoby tak samo między nami…

- Cieszę się, że się ze mną zgadzasz –rzekłam, przytulając się do
niego.

Wieczorem poszliśmy do „naszej”
tawerny, ale Rosjan nie było. Nie spotkaliśmy się z nimi więcej. Czyżby doszli
do podobnych wniosków?

Niedawno w pracy zostałam
obdarzona niecodziennym komplementem. Gadam sobie z Brodaczem, i nagle słyszę
od niego:

- Jesteś młodą, wyzwolona kobietą.

- Skąd wiesz… to znaczy, dlaczego tak sądzisz? – spytałam, szczerze
zdziwiona jego jasnowidztwem, bo ze swoimi poglądami na tematy damsko-męskie
nie wychylam się na forum publicznym, a zwłaszcza pracy.

- Bo to widać – powiedział, jakby to było coś oczywistego.

Gdyby wiedział…

Mało jest prawdziwie wyzwolonych
ludzi. Wyzwolenie zaczyna się w głowie. A najważniejszym organem seksualnym
jest mózg.

Wróciłam ci ja z Krainy Morskich Bałwanów i Wędzonej Flądry. Ale tylko na dwa tygodnie, bo znów wybywam. Nie ma to jak zycie w rozjazdach…

Zepsułam telefon. Spłukałam się. Opaliłam się. Schudłam. Przegoniłam Tigre po wszyskich plażach. Dorobiłam się kontuzji. Miałam robioną bioenergoterapię. Nastawiany kręgosłup. W planach był także masaż, ale masażysta się nie stawił. Mówi się trudno…

Zrobiłam sobie odwyk od tuczących węglowodanów oraz internetu. Ale kolega i tu mnie znalazł: Pijawka, ratuj! Ona chce się ze mną umówić! I co ja mam zrobić? Jak to co: działać, działać!

Ponadto: cos ruszyło w kwestii mojej nieskończonej powieści. Ktoś solidnym kopniakiem obudził moje zaspane natchnienie. Wreszcie. Utknęłam w martwym punkcie na parę lat. Czy to dlatego, że inspiracje się rozmyły? Te szalone, zwariowane, nieodpowiedzialne?

Nie ma ich. Zostały na poprzenim blogu. Teraz jestem solidną, zrównoważoną furgonetką. A bywałam i kolejką górską, mknąca z zawrotną prędkością po śliskich torach. Nieraz bardzo sliskich. Az cud, że pęd powietrza i siła grawitacji nie wysadziła mnie z torów. Wiecej szczęścia niz rozumu? Moze…

W pracy spokój. Względny. Królewny nie żrą się już z Wincentym, a on nie donosi już jak głupi. I nie podsłuchuje pod drzwiami. A przynajmniej robi to dyskretnie.

Czekam na wypłate jak spalone słońcem pole na deszcz. Moje konto świeci nieprzyzwoitą golizną. Znów prowadze półpasożytniczy tryb zycia, jak na pijawkę przystało. Oby nie długo…

Przywiozłam Indiance miód z propolisem.

Dostałam od sister na urodziny (okrągła data, że tak powiem) kalosze. Leciutkie, z pianki, oliwkowo-brudnozielone, wygodne jak diabli. Na obecną aurę jak znalazł. Poszłam do pracy, królewny w smiech. Że niby jak Lepper wyglądam? Wsi spokojna, wsi wesoła? Do rozrzucania zwierzęcych wydalin? Chrzanić to. I tak będe chodzić. Do biura też.

W weekend miniony urządzałam dwie imprezy-domówki-popijawki. Każda w innej tonacji: c-dur i a-mol. Niekoniecznie w takiej kolejności. Goście bawili się, aż miło. Na tej drugiej (w Domku na Kurzej Łapce, bo miejsca więcej i krzyczeć mozna)  to nawet tańce były i śpiewy chóralne. Towarzystwo z grubsza międzynarodowe:) Maszyna ruszyła, zobaczymy, co życiorys dopisze dalej.

A teraz pada, leje, a planu urlopowe part 2 (bo part 1 zabukowane od dawnien dawna) mrówki zjadły. I dupa. Najwyżej nie pojadę, phi.

Matki Boskiej Pieniężnej przeciąga się w czasie. Pójde chyba do banku z miotaczem ognia, ale za to w kaloszach.

A jednak. Brakuje mi tego pisania o Nietzchem czyli o niczym. Więc wracam do pisania. Może kiedyś będzie mnie to bawić?

Mój poprzedni blog zarósł pleśnią, kurzem i mchem zielonym. Przeto poszedł do spalarki.

Póki co za oknem kapuśniaczy, we(ł)ny twórczej jakby brak, więc wracam do pracy.


  • RSS